sobota, czerwca 30

Prolog

Miał być 15 minutową niespodzianką. Najbardziej oczekiwany przeze mnie początek. Przed wami po raz kolejny prolog do książki która nie ma jeszcze tytułu. Enjoy
P.S : tym razem nie musicie się spieszyć, macie na przeczytanie całą niedzielę, napiszcie w komentarzach co o nim sądzicie, co mógłbym zrobić lepiej, czy podoba się styl itp. - to dla mnie bardzo ważne , liczę na waszą pomoc. Peace 4 All.

P R O L O G

Porwisty podmuch wiatru skierował się w stronę statku kapitana Miles’a. Wiedział On dobrze, że śmiercionośna lawina wody potrafi zniszczyć jego kuter w kilka sekund. Jednakże czuł spokój, nie do końca był przekonany o możliwościach natury. Zupełnie odwrotnie reszta załogi, zgromadzona tuż pod pokładem, nie pili oni rumu i nie grali w kości. Modlili się do obrazków Najświętszej Maryi Panny , które co jakiś czas spadały ze ściany pod wpływem uderzeń fal. Nadzieja ich pozostała w porcie wraz z ukochanymi, posiadali jednak odwagę, aby resztkami sił uratować statek i uchronić się od śmierci.

Kapitan złapał za ster porządnie, niczym stary wilk morski i odbił na lewą burtę, tam nie było już takiego sztormu. Planował odpłynąć za klif, co było tego dnia prawie nie możliwe do wymanewrowania. Niebo wyglądało niczym czarna perła, czarne i zachmurzone, co chwilę jaśniejące pod wpływem fleszy błyskawic. Malutki statek wyglądał niczym papierowa łódeczka puszczana przez dzieci nad zalewem. Nie było dookoła niczego, prócz malutkiej wyspy i dużego klifu znajdującego się na niej. Po drugiej stronie tego klifu niebo było jakby jaśniejsze a ocean spokojniejszy. Tak przynajmniej wydawało się Kapitanowi statku o nazwie Christina Rose.

W końcu nadszedł moment manewru. Jason Miles chwycił za szturwał prawie odrywając obręcz od kolumny sterowej. Ręce jego stały się prawie sine, mocno zagryzł wargi, po jego białej acz przemokłej koszuli poleciał strumyk krwi. Statek bardzo powoli zakręcał , dziobem był już po drugiej stronie klifu, lecz prawa burta zahaczyła o dziko stojące przy brzegu głazy. Do kutra strumieniami wlewała się woda wyrzucając wszystko co było w ładowni, najbardziej ucierpiała rufa, gdzie swoje miejsce miał silnik. Na pokładzie było słychać przerażające krzyki załogi, byli tak sparaliżowani całą sytuacją, że nie potrafili nic zadziałać, biegali tylko tam i z powrotem w agonii, Kapitan leżał nieprzytomny w kabinie.


Część z załogi statku rzucała się w ocean, porzucili oni nadzieję wraz z kolejno wyrzucanymi przez burtę skarbami, które planowali sprzedać gdy wrócą do domu. Nie było już niczego, w pośpiechu reszta załogi opuściła statek, zupełnie zapominając o Kapitanie, który leżał w kabinie, nie wlewała się tam woda, gdyż pomieszczenie było odizolowane od reszty, umiejscowione bowiem na pokładzie górnym, w całości wykonane z grubej blachy i metalu.


Rankiem było już zupełnie cicho, Kapitan obudził się w końcu i tylko uśmiechnął się pod nosem.

-Hej do stu tysięcy piorunów!, gdzie się podziała ta piekielna burza! – pewnym tonem wykrzyczał i zapalił cygaro.

Pokręcił się potem trochę, ustawił oderwany zupełnie ster i otworzył drzwi od swojej kabiny. Niebo było tego ranka czyste, w powietrzu unosił się zapach świeżości, zapach oceanu. Na niebie zauważył stado albatrosów, białych jak śnieg, jeden z nich usiadł nawet na złamanym wpół maszcie. Następnie udał się w poszukiwaniu reszty złogi, w jednym z pokoi znalazł martwego majtka który popełnił samobójstwo, bowiem w jednej ręce trzymał stary tasak do ryb, a w drugiej sinej i zakrwawionej różaniec i obrazek ukochanej. Jakże okrutny był to widok. Ile cierpienia zadał sobie ten dwudziestoletni człowiek, całkowicie zapominając o świecie, o życiu, największym darem na ziemi. Kapitan wąskim korytarzem podążył do drugiej, większej i zarazem ostatniej kabiny, która była swojego rodzaju sypialnią. Pewnym ruchem otworzył drzwi, na początku zauważył tylko brudne i mokre prycze bez pościeli oraz poczuł unoszący się w powietrzu zapach gnijących ryb. Pomieszczenie te było dosyć wąskie aczkolwiek bardzo długie i pakowne. Bardzo ciężko było Kapitanowi przechodzić pomiędzy porozrzucanymi ubraniami i pustymi butelkami po rumie. Szedł jakby przez mgłę aż nagle nadział się na kolejne zwłoki młodego majtka któremu prawdopodobnie nie udało się uratować, który był siny przez co wnioskujemy że na wskutek niedoboru tlenu albo się udusił albo po prostu utopił. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że na jego ciele oprócz siniaków widać było znaczne ślady ran szarpanych. Kapitan powoli przesunął się na tyły pomieszczenia, gdzie w dużym, zakurzonym kufrze swoje miejsce miały kamizelki ratunkowe. Powoli otworzył kufer, formalnie kiwnął głową – miejsce 4 kamizelek zajmowała teraz woda i szczątki ryb. Miles pomyślał przez chwilkę i energicznym krokiem ruszył z powrotem do swojego kokpitu. Tam wśród pozostałości po dzienniku pokładowym wyszukał statystyki dotyczące ładowności statku, liczby pomieszczeń i całkowitej liczby załogi. Włosy stanęły mu dęba, kiedy otworzył stronę nr.3 i przeczytał następujące zdanie :

„Jesteśmy tutaj tylko w ośmiu, ja, Jason Milles pełnię rolę Kapitana, natomiast załogę stanowią : Patrick Neuers – kucharz, Robert Myckins – operator zamrażarki i obrabiarki mącznej oraz 5 majtków.”

-Jak mogłem popełnić taki błąd ?-kapitanowi zrobiło się słabo, usiadł na fotelu.

Po chwili jednak wstał i jeszcze raz udał się do sypialni. Uchylił drzwi szeroko i podszedł do kufra, z którego wylewała się woda. Nad kufrem jeszcze raz przeczytał informację dotyczącą bezpieczeństwa i prawidłowego zakładania kamizelek. Tłustym drukiem podkreślona była liczba kamizelek – 4…

W głowie układał sobie czarny scenariusz, jaki musiał się rozegrać tej feralnej nocy, podczas sztormu. Na ciele majtka, który oprócz tego że był siny i posiadał ślady drapania, zauważył coś na podobę pręgów.

-A więc to on był ofiarą – powiedział w myślach.

Jeżeli brakowało jednej kamizelki, to któryś z nich został pozbawiony przez resztę szans na przetrwanie. Najpewniej został on związany i skrępowany, podczas akcji przemocy bronił się, ale nie miał szans w konfrontacji z 4 zdesperowanych i przerażonych ludzi. Oni mieli szansę na przeżycie, on nie, jego los był tragiczny.

Kapitan zamknął za sobą drzwi i przygotował się do ewakuacji z wraku. W tym celu uporządkował najcenniejsze rzeczy, stary złoty zegarek na łańcuszku, dwa pudełka drogiego aczkolwiek mokrego cygaro i obrazki Świętej Rodziny. Wszystkie przedmioty zapakował w skórzaną torbę i zadowolony wyszedł z kabiny. Był on spragniony i głodny, do tego stopnia zdesperowany że jeszcze jeden ostatni raz odważył się na pewne ryzyko związane z zejściem do ładowni i poszukaniem chleba i wody pitnej. Powolutku udał się wąskimi schodami na dół, po drodze minął zwłoki osoby odpowiedzialnej za przygotowanie i chłodzenie tyb, starego Myckinsa , kurczowo trzymał on w ręce różaniec , zastygł w pozie przypominającej modlitwę, osunięty na kolana z głową położoną na ramieniu i delikatnym uśmiechem na twarzy.

Jason był już na samym dole, gdy poczuł lekkie drgania, na plecach poczuł lekkie mrowienie, serce mu zamarło na chwilę, lecz po jakimś czasie nastąpiła cisza, dzięki czemu poczuł ogromną ulgę. Nie tracąc czasu schylił się po ostatni słoik z wodą aż nagle deski zaczęły skrzypieć, zrobiło się bardzo głośno, odłamana część masztu przebiła dach ładowni, wleciała do środka i zrobiła dziurę w podłodze. Kapitan nie zdążył nawet drgnąć, wpadł do wody niczym śliwka w kompot. Podłoga zarwała się całkowicie, ciężkie, ostro zakończone belki wpadały do oceanu, jedna z nich wbiła się Kapitanowi w brzuch, wypuścił resztki powietrza i powoli opadał na dno.

Całe życie pracował na morzu, był on dobrym człowiekiem, perfekcyjny przykład osoby cieszącej się życiem. Jedna chwila nieuwagi, bezmyślności, spowodowała że to co najważniejsze straciło swą wartość, teraz nie mógł już zrobić nic, umierał powoli i samotnie, zupełnie jak okręt, wtedy kiedy nadzieja umarła…

A Rush Of Blood To The Head


Dziś dzień zaczął się dla mnie znakomicie.
Obudziłem się o 10 i tak to jest zawsze, że jak wstaję to strasznie chce mi się pić. Właściwie sztukę podchodzenia do biurka z zaspanymi oczami opanowałem do perfekcji. Do dziś, bowiem podchodzę prawda do biurka, ręką macam blat prawda, a tu zamiast szklanki z sokiem prawda paczka!...
Potem okazało się że sok na paczkę wymienił tata
Moja kochana kuzynka przysłała mi z Anglii [ szpan, bystre oczy ] płytki Coldplay’a i kartkę po angielsku, wspaniały prezent...

A więc jestem wzruszony, teraz mam w planach napisanie do niej listu. W tym poście zamieszczam jeden mój wiersz powstały wczoraj.

P.S : Gratuluję tym którzy przeczytali prolog, jak wam się podobało ?...napiszcie bo jest to dla mnie ważne czy w dobrym kierunku zmierzam czy wprowadzić jakieś poprawki

„miraże”

Ginę w potoku słów niewypowiedzianych
Już nie myślę racjonalnie
W agonii źle zaplanowanych zdarzeń ważę :
Czy to jawa, czy sen ?

Płynę w potoku marzeń i wrażeń
Szukam czegoś co pozwoli mi normalnie żyć
Bo teraz nic nie pozostało...
Prócz mnie

To ty byłaś orłem!
A ja myszą schowaną w trawie!
Dlaczego mnie zjadłaś ?
Teraz nic już nie ma!
Prócz mnie...



wtorek, czerwca 26

Hello!, I'm Trying Focus But My Eyes Decive Me !

Witam, to musi być dla was nowość że zamieszczam drugi już post w przeciągu dwóch dni..tym razem postąpiłem jak zbuntowana którą na pewno znacie. Jeżeli nie znacie to żałujcie. Właściwie to chciałbym przekazać tylko jednego małego newsa, dziś, 26. Czerwca A.D. 2007 zacząłem pisać książkę i proszę nie pytajcie się jaki gatunek, bo na razie sam tego nie wiem :D
Jestem szczęśliwy...odnalazłem chyba złoty środek w tym co wydawało mi się złe i moralnie nieodpowiednie. Tak jest lepiej, czy pozostanę w tym stanie ?..nie wiem, wiem natomiast jedno - jeżeli próbujemy czegoś na siłę a z doświadczenia wiemy że to bardzo trudne i nie jest nam na chwilę obecną przeznaczone to zazwyczaj nam się nie udaje, trzeba poszukać czegoś w rodzaju substytutu, zamiennika, trzeba zacząć żyć jakby wolniej, przekonacie się wtedy że świat nie kończy się na jednym nie powodzeniu, góra na którą się wspinacie jest wysoka i liczy się każdy metr naszej drogi, więc jedyne czego mogę wam życzyć to szczęścia...

zamieszczam malutki wakacyjny wierszyk mojego autorstwa, enjoy

Znów spoglądam za okno
Seledynowe niebo i chmury wiszą słodko
Majonezowe obłoki kołyszą się na wietrze
Szczęście , moje kochane szczęście

Hen daleko , nie widzę wyraźnie
Ktoś usiadł nad rzeką i je truskawki
Seledynowe niebo , a wokół woda
To wakacyjna musi być przygoda

poniedziałek, czerwca 25

Morning View

Wakacje to czas upierdliwy. Tylko wtedy gdy siedzi się w domu, a za oknem co chwile słyszy się hasło pt. "pomylone gary, pomylone gary, wyłazić ". Dzieciaki są coraz lepsze. Przeklinają, wkurzają koty, utożsamiają się ze starszymi, nie daleko bowiem stoi ekipa pod wezwaniem. Całkiem spora, też muszą się nieźle nudzić, ale żeby tak cały dzień obcinać wszystkich przechodniów i jarać szklugi jedna po jednej to już lekka przesada. Na pewno większość z nich ma komputery, pewnie też internecik, założyliby sobie chłopaczki bloga albo poczatowaliby sobie, albo po skejpowali albo kurde chociaż pograli w coś. Ja gram w kosza. To był mój ulubiony sport na podwórku. Był do dzisiejszego pięknego dnia, kiedy ptak narobił na tarczę. Ja rozumiem parapetówa i te sprawy, ale co go skłoniło do załatwienia swoich potrzeb na koszu, nie dość że nagrzany od słońca jak 105 to jeszcze wcale nie blaszany a metalowy. No cóż, chyba się pomylił, każdemu się zdarza. Nawet pieski nie robią na trawniku kulturalnie tylko jak się pomylą to walą na chodnik...
Chociaż w tym przypadku to chyba mylą się właściciele, oby taka pomyłka każdego srogo kosztowała

A koty?..a koty jak zawsze, wkurzają w nocy bo się gryzą, chociaż ostatnio coraz rzadziej, może znudziło im się pod moim oknem bo nigdy nie dostały nawet malutkiego kopniaka ani kamieniem po grzbiecie, może czas to zmienić?..

To mówiłem ja, odgrzewane kotlety smażą się na patelni niczym miłość, odgrzewana, jutro schaboszczaki

sobota, czerwca 16

"Linkin Park has f*ing great fans in the world"



Witam i o zdrowie pytam.Cześć nie ma co jeść. Jeszcze żyję, lecz wciąż na widok tego co było[a było bardzo dużo] odczuwam dreszcze, tak samo jak pięknego dnia 13 czerwca podczas koncertu Linkin Park na stadionie śląskim w Chorzowie. W telegraficznym skrócie nie można oddać tak niezwykłego zdarzenia jakim był koncert linkinów w naszym kraju. Nie da się nawet opisać tego co działo się przed, w trakcie i po koncercie [ tunel :D, czekanie :D:D, powerade Joe'a :D:D:D]. Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi, dla reszty przedstawiam "krótką" relację widzianą moimi oczami.
12.06 godzina 20:30
Czas ruszyć na podbój śląska. Euforia jaka mnie ogarniała przypominała mi dawne czasy. Czasy rodzinnych wyjazdów, tego się nie da opisać co czułem, choć miałem obawy czy lp dojedzie, nie będzie alarmu bombowego, nalotu kosmitów, strajku i wiele innych shitów.
Po zapakowaniu się w "cyrku na kółkach" ruszyliśmy. Było nas 4. Do Katowic dojechaliśmy spokojnie, ja nie spałem więc pojawiła się pierwsza trudność i obawa o kondycję. Czas pokazał że obawy były nie potrzebne
13.06 godzina 4 coś tam
Pociąg się spóźnił [ czemu się nie dziwicie ? ]. Po drodze postanowiliśmy sprytnie oddać bagaże do przechowalni a tu lipa. Nie dość że czynne od 7 to o żadnych skrytkach czy innych cudów nie było mowy tylko jakiś zapchlony hol i stary koleś. Postanowiliśmy wziąć bagaże do Chorzowa

13.06 przed koncertami

Zmuliło nas dość szybko , co niektórzy spali smacznie na trawce pomiędzy badylami, a co niektórzy przeklinali na komórkę, która padła. Ja myślałem że o 5 to przed stadionem będzie co najwyżej ekipa budująca scenę. Wychodzimy na plac przed bramą 1, a tu surprise. Nie powiem żeby było ich dużo ale jakieś 30 osób na bank. Większość to fani LP, jak się później okazało posiadaliśmy przewagę również na koncercie. Gdzieś koło 11 było już nas duuużo, do dziś nurtuje mnie zachowanie ludzi czekających na wejście na betonie, w upale z 30 stopni że czacha dymi, zamiast kulturalnie w cieniu. To jak się później okazało nie było warte świeczki, gdyż my pofatygowaliśmy się dopiero o 13:30 aby zająć sobie cool position. I tak minęło 1,5 godziny aż do 15, co się działo potem to istny meksyk.

godzina 15:05. Ktoś rzucił hasło że nie otwierają bo nie potrafią :D. Jednak większości nie było do śmiechu. Pare osób już zemdlało, w kolejce czekali następni, brakowało powietrza, było parno a w dodatku straszny ścisk. I tak 3 godziny. Wyobrażacie sobie stać od 13do 16 w tłoku?..Na szczęście nie było wcale nudno. Poza głupimi tekstami typu: chamy :D, były jeszcze inteligentne rozmowy o kangurach, Czesiu, powietrzu i grach komputerowych…

W bani się nie mieści co czekało nas o 16..kiedy zaczęli wpuszczać myślałem że ze ścisku rzygnę albo gorzej, na szczęście moje „cool position” dało mi szansę wejścia w miarę szybko… Po 3 kontrolach na których zostawiłem powerade’a [szlag całe 3 ziko poszło w błoto, bo okazało się że nie można wnosić otworzonych butelek] ruszyłem pod płytę tunelem na dół i oto moim oczom ukazał się śląski od kuchni, widok fajny, jeszcze fajniej wyglądała scena.

Później nie pamiętam, ale chyba usiadłem i w końcu odetchnąłem świeżym, niczym nie skażonym powietrzem

17:00

Na pierwszy ogień Gutierez. Nie za bardzo wiem co mam napisać o tym jakże amatorsko grającym zespole, właściwie 30 minut zleciało bardzo szybko i już o 18 mogliśmy zacząć imprezę.

Coma zagrała fajnie, set taki sobie ale dało radę poskakać, rozgrzać głosy na LP. Zagrali m. Inn. Czas globalnej niepogody, spadam, święta, tonacja, system. 45 minut bogatego koncerciku, Rogucki i reszta ekipy prezentowali się dobrze, nawet aż za bardzo dobrze :D. Ok. 19:15 zrobiło się jakby ciaśniej, tłum z tyłu napierał coraz mocniej, jakiś ziomek obok szykował kamerkę, wszyscy niecierpliwie czekali na Linkin Park. Ekipa rozstawiała podesty , [ te na których zawsze stoi Phoenix i Brad, zeskakuje chaz itp.] i inne sprzęty długo. Uśmiałem się jak zobaczyłem tych ziomków z napisem crew na plecach jak zaczęli odmierzać miarą odległości od podestów. Ustawiali je chyba co do centymetra..profesjonalizm w każdym calu..w końcu LP to światowa gwiazda. Myślę że było coś ok. 19:30 kiedy rozbrzmiały pierwsze dźwięki One Step Closer i na scenę po kolei weszli : Joe, Rob, Mike, Phoenix, Brad i Chester. To co wtedy zaczęło się dziać można określić jednym słowem: masakra. Już na wjazd parę małolat, które podczas ustawiania sprzętu skrzętnie pchały się pod scenę, zaczęło mdleć lub wychodzić z szalonego tłumu głodnych muzyki fanów. Nie dziwię się im, sam czułem się jak śledź w puszce, nie w oleju, ale w pocie swoim i innych. No cóż, cierp ciało jak żeś chciało…

Na uwagę zasługuje cudownie zagrane No More Sorrow, z chóralnym śpiewaniem refrenu przez rzeszę fanów oraz From The Inside – pierwszy raz od jakiegoś czasu widziałem Chestera tak skaczącego i miotającego się po scenie[ kojarzycie A place for my head z Live In Teras – było podobnie xD ]. Mike zagrzewał publikę do skakania, a Chester w roli wodzireja co chwilę odpalał z jakimś tekstem : a to że LP ma najlepszych fanów na całym fucking świecie, a to że gdyby nie fani to prawdopodobnie cały czas grali by w apartamencie Mike’a , że dobrze nas widzieć itp. Itd… Myślę że uwagę na siebie chciał zwrócić również Mr. Hahn, no bo jak wytłumaczyć takie zachowanie : rzucał pałerejdami, ok. widzieliśmy już polewanie wodą, plucie, rzucanie wody, ale nie całych , zakręconych, groźnych pałerów…jakby tego było mało to jeden z tych rzuconych zatrzymał się na lampie i prawie nie spowodował katastrofy…było ostro

Poza tymi ekscesami było w miarę spokojnie, grali standardową steliste, zabrakło tylko Given Up i Don’t Stay a otrzymalibyśmy RaR lub Lizbonę 07..Miałem to szczęście że stałem w grupie pod wezwaniem która składała się z samych fanów LP a nie kołkowatych fanów PJ [ sorry Tomek jeśli czytasz tego posta…ale niektórzy tacy byli] zamiast odejść albo chociaż poruszać się trochę to stali jak słupy i zasłaniali widok mniejszym osobnikom..było przyjść o 21 no nie ?...nie ma to jak logiczne myślenie, czasami boli, ale warto

Faint z nowym zakończeniem i było już po. Grali ok. 1h15 minut, pominąłem opisywanie poszczególnych piosenek, w moim wykonaniu każda wyglądała podobnie, kiwanie głową/skakanie/pogo/branie oddechu/śpiew/kiwanie głową/skakanie…Koncert był pierwszej klasy, jest nadzieja że jeszcze w tym roku zawitają do nas ponownie a więc zbierać kasę kto może i oczekiwać..tyle nam, fanom pozostaje, pozostaje także słuchanie lub oglądanie innych koncertów LP..co zaraz zrobię :D – peace!

czwartek, czerwca 7

You're Like A Pistola !

Mała dziewczynka usiadła na kamieniu, na szczycie góry swego życia, otoczona mgłą zza której tylko co jakiś czas mogła dostrzec piękno otaczającego świata, wszystko było niewyraźne, lecz wiedziała dobrze w jakiej pozycji się znajduje. Myślami była już daleko, wizja wakacji powodowała szybsze bicie serca, może odnajdzie się w nowej sytuacji, a może chwilowe rozczarowania to sfabrykowana iluzja zapowiadająca świetlaną przyszłość ?....


"Focus, I'm Trying Focus But My Eyes Decive Me!"



Przechadzała się następnie wśród potoków zdarzeń, samotność była jej najlepszym przyjacielem, uwielbiała ciszę, wtedy mogła oddać się beznamiętnej kontemplacji, pisała genialne wiersze, które były przepełnione pesymizmem, niektórzy znajdywali w nich nutę tajemniczości. W swoim zdecydowaniu doszła do pewnego punktu , gdzie należało dokonać wyboru. Ona wybrała dobrze...


"Life is just a dream" - pomyślała i pobiegła do dzieci bawiących się w piaskownicy

poniedziałek, czerwca 4

Konkursiwa : WYNIKI

Cześć! Dziękuję wszystkim uczestnikom, którzy wzięli udział w konkursie na najlepszy początek wiersza oraz w drugim na napisanie wiersza używając początkowych liter. Chciałbym podziękować za tak duże zainteresowanie konkursem. Miałem ręce pełne roboty czytając wasze nietuzinkowe, czasami zaskakujące prace. Nie którzy z nas posiadają wielki talent ale mam wrażenie że nie do końca go odkryli, mam nadzieję[jestem pewny] że stale robią coś w tym kierunku aby ich wiersze były lepsze. Właściwie chodzi mi głównie o kwestie czysto techniczne.Jednocześnie utożsamiam się z tymi co dopiero zaczynają i może jeszcze trudno im przyzwyczaić się do takiej formy twórczości.

Przejdźmy do konkretów:

KONKURS NA NAJLEPSZY POCZĄTEK WIERSZA : I MIEJSCE - ZBUNTOWANA
nagroda już w krótce!

KONKURS NA WIERSZ Z UŻYCIEM POCZĄTKOWYCH LITER [ LIFEISJUSTADREAM ] : I MIEJSCE - NITKA
nagroda podobnie jak w pierwszym konkursie

Gratuluję wygranym , już wkrótce następne, mam nadzieję równie ciekawe konkursy

P.S. Napiszcie propozycje konkursów.Ciao

piątek, czerwca 1

It's Evolution Baby !

Cześć, kiełbasa po sto sześc. Dawno tu nie zaglądałem bo po prostu nie miałem weny [ czyt. czasu]. Tak się składa że dziś jest dzień dziecka, więc dla wszystkich dzieciaków (jeszcze) i tych prawie dzieciaków bo (na reszcie) dorosłych wrzucam coś nowego, tym razem wiersz który zamierzam wystawić do konkursu [ zgadnijcie jakiego ].

"Inaczej"

Ledwo zasnąłem a już budzi mnie mrok
Inaczej jak dawniej spoglądam na życie
Fascynujące jak zmienił się świat
Ewolucja odbywa się w myślach
Inaczej jak dawniej, choć miejsce to samo
Spadam jak dawniej, w otchłań bez dna
Jeśli zaufam ci jeszcze raz
Unicestwię się sam
Spadam lecz zwalniam unosi mnie wiara
Teraz samotność to już nie kara
Armagedon nastąpił już dawno
Dlaczego więc znowu spadam ?
Raptownie unoszę się znowu wysoko
Emanuję radością, zaczynam od nowa
Albowiem życie to tylko sen
Marny pył, mgnienie oka


Mały komentarz : nie wiem dlaczego tak długo pisałem ten wiersz, na pewno najdłużej ze wszystkich do tej pory. Mam nadzieję że wkrótce powróci wena i napiszę coś lepszego.


Poza tym wszystko ok u was ?..powiedzcie w komentarzach co słychać. Ja odliczam dni do koncertu. Teraz znajduję się w dziwnym stanie umysłu, boję się że np. zacznie lać deszcz i wszystkie sprzęty szlag trafi lub że LP wogóle nie dojedzie[ co jest skrajnie niemożliwe gdyż podobno tylko w wyjątkowych i ekstremalnych przypadkach odwołują koncerty ].No ale cóż, myślę, że powinienem bardziej skoncentrować się na szkole i poprawieniu ocen niż , ehh..nawet teraz gdy to piszę mam przed oczyma skaczącego Chestera, pijącego wino Vedddera, ryczącego Roguckiego etc. Jeżeli lubicie na przykład LP lub coś w tym stylu to polecam wam twórczość Pearl Jam, są naprawdę nieźli, szczególnie na koncertach :D

W kwestii organizacyjnej dodam że konkursy kończę w niedzielę. W poniedziałek podam wyniki, natomiast nagrodę postaram się dostarczyć drogą elektroniczną do soboty 9 czerwca.

Pisik!