
Stało się to za pomocą mojej kochanej babci, po prostu pewnej soboty postanowiłem, że dawno nie widzieliśmy siebie na wzajem i że czas pograć w kości, pooglądać skoki, porozmawiać i obejrzeć stare zdjęcia. Gdy kończyłem wizytę, zostałem namówiony na Drogę Krzyżową , która miała się odbyć z taką pompą po raz ostatni, drugi. Długo się nie zastanawiałem, czasu w piątkowe popołudnia mam pod dostatkiem i nie licząc MAK'a nie robiłem nic. Dlatego też o 16 minut 19 pojechałem sobie do miasta i poszedłem na Drogę Krzyżową do Kościoła Przemienienia Pańskiego w Iławie, naturalnie wraz z babcią.
Zauważyłem pierwszą ciekawostkę kiedy wkraczaliśmy w wąskie przejście między blokami, a starsza pani z pasem przywitała babcię i zapytała czy idzie na drogę krzyżową. babcia tylko uśmiechnęła się i nakazała tej pani aby się pospieszyła bo o miejsce będzie trudno. W reakcji starsza kobieta pogoniła pieska i szybko udała się do domu, a było to 20 minut przed rozpoczęciem.
Po drodze mijały nas zadumane twarze , przeważnie starszych ludzi, którzy w małych grupkach szli raczej w powadze niż beztroskim usposobieniu. Czuć było, że niekonwencjonalna ponoć forma golgoty wprawiała w takie duchowe podekscytowanie, coraz bardziej cieszyłem się na tą okazję.
Kroczyliśmy ulicami w górę, aż wstąpiliśmy na charakterystyczną przedwojenną nawierzchnię, na przedmurze bardzo historycznego charakteru całego Kościoła. Jest on bowiem budowlą gotycką z renesansową wieżą i naznaczony piętnem wojny. Jak miło było ponownie wstępować w pachnące kadzidłem progi, dotknąć lodowatej wody z kamiennej kropielnicy. Snułem się na powrót pomiędzy ławkami
i ta kojąca cisza..
Ta cała otoczka i mistyczność sprawia, że w duchu pragnę niczego więcej niż spokoju..ale wypełnionego w kontemplacji, tu nie ma czasu na zachwianie skupienia. Siedzę w ławce i przyglądam się strukturze, zabytkom nigdzie indziej nie odnalazłem takiego klimatu.
Do meritum przeszliśmy łagodnie, wprowadziły nas odgłosy śpiewu chóru "Camerata".Na chwilę przed rozpoczęciem próba głosu dobiegła końca, że słychać było tylko szeptem odprawiane modlitwy, oraz skrzypienie otwierających się drzwi, kroczenie po kamiennej posadzce.
Wstaliśmy, Droga Krzyżowa jest to wspólne przeżywanie ostatnich godzin Zbawiciela, w tej wersji wierni pozostali w ławkach a Ksiądz [notabene proboszcz] przechodził wraz z ministrantami od stacji do stacji.
Istotą było jednak coś innego. Opisy poszczególnych stacji wypełnione były poezją, pełne metaforyki i symboli, czasem składające się z paru wyrazów. Oryginalne po raz pierwszy i na szczęście tego dnia nie ostatni.
"Czerwony kościół" wyposażony jest w arcy nowoczesny rzutnik w formie ekranu plazmowego[ niestety tezę swą popieram jedynie na domysłach i mogę się mylić], w każdym bądź razie jest on elektroniczny, duży i bardzo, bardzo wygodny. Wierni mogą w ten sposób przeczytać duże litery podczas śpiewania psalmów i innych pieśni religijnych. I tym razem było tak samo, ten gadżet jest główną zasługą faktu, że caluteńki Kościół śpiewał tego wieczoru piękne pieśni. Co do formy , przyznam że były również niebanalne, poetyckie.
Zdziwiłem się w momencie kiedy w trakcie jednej z pieśni rozległa sie...gitarowa solówka!, i to nie byle jaka. Do tego perkusja i bas, a wszystko dopiero przy końcu pieśni...takiego zakończenia nigdy bym się nie spodziewał. Poczułem lekkie mrowienie na plecach, śpiewałem dalej jak tylko najlepiej potrafiłem.
Nie pamiętam kiedy ostatnio mi się to zdarzyło, takiej swobody brakowało mi..to trochę taka jak pomoc głodującemu, wyzwolenie. Tego dnia pierwszy raz z taką pewnością siebie patrzyłem na babcie , a ona uśmiechnęła się do mnie i razem śpiewaliśmy, wszystko co tylko się dało...
Po co piszę takie rzeczy ?, nie, to nie jest kontrnotka do twoich publikacji boczek. Do wiary nie można przekonać, do niej trzeba dojrzeć, lub na nowo odkrywać. Dziękuję ludziom, którzy przyczyniają się do samokrytycyzmu i łapią w sieć podczas najgorszego z kryzysów.