sobota, czerwca 30

Prolog

Miał być 15 minutową niespodzianką. Najbardziej oczekiwany przeze mnie początek. Przed wami po raz kolejny prolog do książki która nie ma jeszcze tytułu. Enjoy
P.S : tym razem nie musicie się spieszyć, macie na przeczytanie całą niedzielę, napiszcie w komentarzach co o nim sądzicie, co mógłbym zrobić lepiej, czy podoba się styl itp. - to dla mnie bardzo ważne , liczę na waszą pomoc. Peace 4 All.

P R O L O G

Porwisty podmuch wiatru skierował się w stronę statku kapitana Miles’a. Wiedział On dobrze, że śmiercionośna lawina wody potrafi zniszczyć jego kuter w kilka sekund. Jednakże czuł spokój, nie do końca był przekonany o możliwościach natury. Zupełnie odwrotnie reszta załogi, zgromadzona tuż pod pokładem, nie pili oni rumu i nie grali w kości. Modlili się do obrazków Najświętszej Maryi Panny , które co jakiś czas spadały ze ściany pod wpływem uderzeń fal. Nadzieja ich pozostała w porcie wraz z ukochanymi, posiadali jednak odwagę, aby resztkami sił uratować statek i uchronić się od śmierci.

Kapitan złapał za ster porządnie, niczym stary wilk morski i odbił na lewą burtę, tam nie było już takiego sztormu. Planował odpłynąć za klif, co było tego dnia prawie nie możliwe do wymanewrowania. Niebo wyglądało niczym czarna perła, czarne i zachmurzone, co chwilę jaśniejące pod wpływem fleszy błyskawic. Malutki statek wyglądał niczym papierowa łódeczka puszczana przez dzieci nad zalewem. Nie było dookoła niczego, prócz malutkiej wyspy i dużego klifu znajdującego się na niej. Po drugiej stronie tego klifu niebo było jakby jaśniejsze a ocean spokojniejszy. Tak przynajmniej wydawało się Kapitanowi statku o nazwie Christina Rose.

W końcu nadszedł moment manewru. Jason Miles chwycił za szturwał prawie odrywając obręcz od kolumny sterowej. Ręce jego stały się prawie sine, mocno zagryzł wargi, po jego białej acz przemokłej koszuli poleciał strumyk krwi. Statek bardzo powoli zakręcał , dziobem był już po drugiej stronie klifu, lecz prawa burta zahaczyła o dziko stojące przy brzegu głazy. Do kutra strumieniami wlewała się woda wyrzucając wszystko co było w ładowni, najbardziej ucierpiała rufa, gdzie swoje miejsce miał silnik. Na pokładzie było słychać przerażające krzyki załogi, byli tak sparaliżowani całą sytuacją, że nie potrafili nic zadziałać, biegali tylko tam i z powrotem w agonii, Kapitan leżał nieprzytomny w kabinie.


Część z załogi statku rzucała się w ocean, porzucili oni nadzieję wraz z kolejno wyrzucanymi przez burtę skarbami, które planowali sprzedać gdy wrócą do domu. Nie było już niczego, w pośpiechu reszta załogi opuściła statek, zupełnie zapominając o Kapitanie, który leżał w kabinie, nie wlewała się tam woda, gdyż pomieszczenie było odizolowane od reszty, umiejscowione bowiem na pokładzie górnym, w całości wykonane z grubej blachy i metalu.


Rankiem było już zupełnie cicho, Kapitan obudził się w końcu i tylko uśmiechnął się pod nosem.

-Hej do stu tysięcy piorunów!, gdzie się podziała ta piekielna burza! – pewnym tonem wykrzyczał i zapalił cygaro.

Pokręcił się potem trochę, ustawił oderwany zupełnie ster i otworzył drzwi od swojej kabiny. Niebo było tego ranka czyste, w powietrzu unosił się zapach świeżości, zapach oceanu. Na niebie zauważył stado albatrosów, białych jak śnieg, jeden z nich usiadł nawet na złamanym wpół maszcie. Następnie udał się w poszukiwaniu reszty złogi, w jednym z pokoi znalazł martwego majtka który popełnił samobójstwo, bowiem w jednej ręce trzymał stary tasak do ryb, a w drugiej sinej i zakrwawionej różaniec i obrazek ukochanej. Jakże okrutny był to widok. Ile cierpienia zadał sobie ten dwudziestoletni człowiek, całkowicie zapominając o świecie, o życiu, największym darem na ziemi. Kapitan wąskim korytarzem podążył do drugiej, większej i zarazem ostatniej kabiny, która była swojego rodzaju sypialnią. Pewnym ruchem otworzył drzwi, na początku zauważył tylko brudne i mokre prycze bez pościeli oraz poczuł unoszący się w powietrzu zapach gnijących ryb. Pomieszczenie te było dosyć wąskie aczkolwiek bardzo długie i pakowne. Bardzo ciężko było Kapitanowi przechodzić pomiędzy porozrzucanymi ubraniami i pustymi butelkami po rumie. Szedł jakby przez mgłę aż nagle nadział się na kolejne zwłoki młodego majtka któremu prawdopodobnie nie udało się uratować, który był siny przez co wnioskujemy że na wskutek niedoboru tlenu albo się udusił albo po prostu utopił. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że na jego ciele oprócz siniaków widać było znaczne ślady ran szarpanych. Kapitan powoli przesunął się na tyły pomieszczenia, gdzie w dużym, zakurzonym kufrze swoje miejsce miały kamizelki ratunkowe. Powoli otworzył kufer, formalnie kiwnął głową – miejsce 4 kamizelek zajmowała teraz woda i szczątki ryb. Miles pomyślał przez chwilkę i energicznym krokiem ruszył z powrotem do swojego kokpitu. Tam wśród pozostałości po dzienniku pokładowym wyszukał statystyki dotyczące ładowności statku, liczby pomieszczeń i całkowitej liczby załogi. Włosy stanęły mu dęba, kiedy otworzył stronę nr.3 i przeczytał następujące zdanie :

„Jesteśmy tutaj tylko w ośmiu, ja, Jason Milles pełnię rolę Kapitana, natomiast załogę stanowią : Patrick Neuers – kucharz, Robert Myckins – operator zamrażarki i obrabiarki mącznej oraz 5 majtków.”

-Jak mogłem popełnić taki błąd ?-kapitanowi zrobiło się słabo, usiadł na fotelu.

Po chwili jednak wstał i jeszcze raz udał się do sypialni. Uchylił drzwi szeroko i podszedł do kufra, z którego wylewała się woda. Nad kufrem jeszcze raz przeczytał informację dotyczącą bezpieczeństwa i prawidłowego zakładania kamizelek. Tłustym drukiem podkreślona była liczba kamizelek – 4…

W głowie układał sobie czarny scenariusz, jaki musiał się rozegrać tej feralnej nocy, podczas sztormu. Na ciele majtka, który oprócz tego że był siny i posiadał ślady drapania, zauważył coś na podobę pręgów.

-A więc to on był ofiarą – powiedział w myślach.

Jeżeli brakowało jednej kamizelki, to któryś z nich został pozbawiony przez resztę szans na przetrwanie. Najpewniej został on związany i skrępowany, podczas akcji przemocy bronił się, ale nie miał szans w konfrontacji z 4 zdesperowanych i przerażonych ludzi. Oni mieli szansę na przeżycie, on nie, jego los był tragiczny.

Kapitan zamknął za sobą drzwi i przygotował się do ewakuacji z wraku. W tym celu uporządkował najcenniejsze rzeczy, stary złoty zegarek na łańcuszku, dwa pudełka drogiego aczkolwiek mokrego cygaro i obrazki Świętej Rodziny. Wszystkie przedmioty zapakował w skórzaną torbę i zadowolony wyszedł z kabiny. Był on spragniony i głodny, do tego stopnia zdesperowany że jeszcze jeden ostatni raz odważył się na pewne ryzyko związane z zejściem do ładowni i poszukaniem chleba i wody pitnej. Powolutku udał się wąskimi schodami na dół, po drodze minął zwłoki osoby odpowiedzialnej za przygotowanie i chłodzenie tyb, starego Myckinsa , kurczowo trzymał on w ręce różaniec , zastygł w pozie przypominającej modlitwę, osunięty na kolana z głową położoną na ramieniu i delikatnym uśmiechem na twarzy.

Jason był już na samym dole, gdy poczuł lekkie drgania, na plecach poczuł lekkie mrowienie, serce mu zamarło na chwilę, lecz po jakimś czasie nastąpiła cisza, dzięki czemu poczuł ogromną ulgę. Nie tracąc czasu schylił się po ostatni słoik z wodą aż nagle deski zaczęły skrzypieć, zrobiło się bardzo głośno, odłamana część masztu przebiła dach ładowni, wleciała do środka i zrobiła dziurę w podłodze. Kapitan nie zdążył nawet drgnąć, wpadł do wody niczym śliwka w kompot. Podłoga zarwała się całkowicie, ciężkie, ostro zakończone belki wpadały do oceanu, jedna z nich wbiła się Kapitanowi w brzuch, wypuścił resztki powietrza i powoli opadał na dno.

Całe życie pracował na morzu, był on dobrym człowiekiem, perfekcyjny przykład osoby cieszącej się życiem. Jedna chwila nieuwagi, bezmyślności, spowodowała że to co najważniejsze straciło swą wartość, teraz nie mógł już zrobić nic, umierał powoli i samotnie, zupełnie jak okręt, wtedy kiedy nadzieja umarła…

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

no dobra...jesli mam byc szczera to zauwazylam sporo bledow stytlistycznych nie bede wymieniac ale przeczytaj to spokojnie i popraw, nie we wszystko tez uwierzylam np. kleczacy koles po sztormie....malo prawdopodobne, albo to ze kapitan wyszedl zupelnie bez szwanku bo tam gdzie lezal nie doszla fala.... ogolnie jednak mi sie podobalo utrzymales napiecie i jestem ciekawa dalszego ciagu:D pozdro

Anonimowy pisze...

o kurde fajne to było! domagam się więcej!!!

parachutist pisze...

znana -> powiem tak, chodziło mi o pokazanie pewnych zachowań niż realności i w takiej konwencji będzie utrzymana książka, więcej nic nie powiem :D
nitka -> więcej na razie nie będzie aż napiszę duuużo, pozdrawiam i dziękuję za komentarz

Anonimowy pisze...

A jak dla mnie - Prolog jest ciekawy. Znana, odnośnie rzeczy mało prawdopodobnych - w książkach wszystko jest możliwe, to zależy od autora, tylko i wyłącznie od niego - co tam zamieści.
Popatrz np. na takiego Sienkiewicza, który lubił nawet nieco przekształcać historię i miał do tego prawo - to dopiero coś :D No dobra, może przesadziłam z tym przykładem Sienkiewicza... Ale to tak na marginesie.
Jaki mamy upał! U mnie jest 35*C w cieniu, a u Was? :DD

Anonimowy pisze...

dobrze nie bede sie w takim razie odzywac ja sie na tym nie znam, jesli to byl twoj zamysl... w porzadku, konwencja... w porzadku ale Sienkiewiczowi jakos uwierzylam, byl przekonujacy a ty nie bardzo w pewnych momentach... dobra niewazne nie wiem po co to pisze