poniedziałek, maja 14

LINKIN PARK - "Minutes To Midnight"


Witam po dłuższej przerwie.
Dziś na łamach mojego bloga zamieszczam autorską recenzję świeżuteńkiej płyty Linkin Park - "Minutes To Midnight", która swoją premierę w Polsce miała całkiem niedawno, bo 11 Maja.


Na wstępie chciałbym poinformować tych którzy mnie jeszcze nie znają, że jestem, tak jestem fanem LP, raczej nie biernym, członkiem LP street team, staram się czasami promować jakoś zdarzenia związane z zespołem.

Nie chciałbym jednak aby moje słowa zostały odebrane pod tym kątem, tzn. umówmy się że jestem i będę się starał opisywać poszczególne kawałki tak jakbym po raz pierwszy miał styczność z twórczością LP. Albowiem będzie to bardzo proste, bo ten album tak naprawdę skierowany jest do wszystkich, i to bez względu na wiek, płeć, etc. Czy to oznacza że zespół do reszty się skomercjalizował, stworzył beznamiętny, przeciekający absurdami, powtarzalny album ? Nic bardziej mylnego.

Zaczyna się dziwnie, jakby ambientowo, organicznie, znamy to chociażby ze wstępu do ostatniego sesyjnego albumu "Meteora". Pytanie co różni obydwa utwory?Baardzo wiele, Wake jest tak krótki, że aż prosi się o zrobienie z tego wstępu dobrej , 13 piosenki. Given Up - utwór średni, trochę punkowy, ale już na pewno killer koncertowy. W tym sensie, że tak jak Don't Stay z Meteory powinien pojawić się według mnie jako numer otwierający koncerty[ tuż po Wake ] tak samo było na Meteorze..
I w tym momencie koniec porównań z dawną twórczością zespołu, dalej jest tylko lepiej, mój faworyt Leave Out All The Rest o którym paradoksalnie nie napiszę nic. Bo Tak!. Kupcie plytę, posłuchajcie sami.Bleed It Out - utwór oryginalny, nie do podrobienia, jedyne czego brakuje lub może brakować to większy udział gitar , które są zatuszowane, aczkolwiek prezentują się ciekawie. Shadow Of The Day - hymm...poleciłbym fanom uwaga..Travis, Coldplay'a, U2. Chyba jeden z bardziej wymagających utwórów na płycie, co udarza i to już od początku płyty to warstwa tekstowa, wielopłaszczyznowość, tematy ważne, ciekawe, poruszające opisy. To właśnie tekst broni pozornie słaby utwór[ dla zamkniętych chyba w jednym gatunku muzyki, ludzi ]. O What I've done też nic nie napiszę, uważam jednak że błędem było wypuszczenie go jako pierwszy singiel, dla tych co słuchali płyty, czy nie sądzicie tak samo ?...

Dlaczego zrobiłem przerwę w opisie piosenek?..dla tego że właśnie minęliśmy połowę albumu[ pod względem ilości piosenek] ?..nic bardziej mylnego. Nie wiem czy są to tylko moje odczucia, ale ja osobiście podzieliłbym ten album niczym Sonet. Album opisowy i refleksyjny ?..jeszcze za wcześnie aby tak sądzić, bałbym się użyć takiego określenia. Aczkolwiek zastanawiające jest to, że druga część jest czymś innym. Dla mnie jest lepsza. Zaczynamy więc od Hands Held High - i tu z pewnością ku zdziwieniu słuchaczy pojawia się zgadnijcie kto?...ano pan Mike Shinoda, do tej pory zapomniany. Utwór bardzo melodyjny, jakieś organki, marszowy rytm. Po przesłuchaniu nasunęła mi się pewna refleksja. Chyba po raz pierwszy w twórczości LP spotykamy się z motywem religijnym, w refrenie powtarzane jest jedno słowo : Amen. Dla jasności dodam że gitarzysta Brad Delson i Rob Bourdon[gary] są wyznawcami Judaizmu. A reszta niewiadomo. Uważam że tekstu tej piosenki nie powinno się tłumaczyć dosłownie, kwestia interpretacji, zjawisko ciekawe. "No, No More Sorrow!" słowa te cisną się na usta po kawałku zatytułowanym właśnie No More Sorrow. Prawdziwy flirt z metalem, gitara brzmi tutaj jakby Brad i Phoenix strzelali z karabinu w chestera a on uciekał przed nimi. Valentine's Day - utwór o niechcianej miłości, o samotności, o bólu związanym z brakiem drugiej połowy nas. Banalny tekst o czymś czego nigdy nie doświadczyliśmy ?..jeżeli tak to ja jestem Rick Rubin i będę produkował nowy album Floydów. In Between, najbardziej zagadkowy utwór dla mnie. In Pieces - styl prezentowany w tym kawałku jak najbardziej na czasie tego co aktualnie słucham. Fascynuje mnie indie..musicie posłuchać tego kawałka. Pozostał tylko jeden utwór. Na deser najlepszy , najpiękniejszy utwór na płycie. Mam wrażenie że specjalnie został wybrany na koniec, gdyż po przesłuchaniu tego utworu[a ma aż 6:20 min ] mam ochotę puścić płytkę od nowa. I ta ponad minutowa solówka!, cód, miód i orzeszki, nie mogę się powstzymać od tego porównania, wiem że w tym momencie jestem trochę nierzetelny, ale co tam.


Dawno nie słuchałem takiego materiału ?..też, ale bardziej : dawno nie było takiego powrotu, z klasą. W skali 10 punktowej daję 8. Rada dla was, fanów bądź nie. Nie oceniajcie tej płyty pod kątem dawnej twórczości, ale pod kątem muzki zaprezentowanej. Nie można zapomnieć o dawnych poczynaniach, jak i również być tak przywiązanym do jednego nurtu. Płyta dla tych którzy próbują i chcą odnajdywać muzykę ich życia, życzę im aby ją znaleźli.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Karol nie przypuszczałem że możesz puścić taką długą wiązankę!